|
Eksperyment jest "kontrowersyjny" dlatego, że Gauquelin nie tylko nie był astrologiem, ale wręcz uważał tę dziedzinę wiedzy za przesąd.
Prawdę mówiąc celem, który mu przyświecał było udowodnienie, że astrologia jest oszustwem. I rzeczywiście częściowo miał rację, ponieważ wykazał, że astrologią najczęściej parają się ludzie niekompetentni, a ich klienci są delikatnie mówiąc naiwni i łatwowierni. Zdarzało się astrologom badanym przez Gauquelin'a uznać horoskop przestępcy za horoskop kogoś wielkiego i wspaniałego, a klienci byli gotowi przysięgać, że opis ich cech jest bardzo trafny, gdy przesłano im opis horoskopu kogoś zupełnie innego (choćby rzeczonego przestępcy). Ale badania te przyniosły zaskakujące rezultaty z innego jeszcze powodu - Gauquelin odkrył zależność między planetą wchodzącą lub górującą w chwili narodzin, a zawodem wykonywanym przez właściciela horoskopu. Różnica między metodą Gauquelin'a a tą stosowaną w tradycyjnej astrologii polega na tym, że tradycyjnie uznaje się planetę za dominującą, jeśli znajduje się ona przed osią (1, 10, 7 i 4 dom), a u Gauquelin'a po przeciwnej stronie, czyli od strony domu 12, 9, 6 lub 3. Najbardziej wyraziste postacie miały dominującego Saturna, Jowisza i Marsa, nieco mniej charakterystyczny był wpływ Księżyca i Wenus. I teraz uwaga czytelnicy horoskopów gazetowych: znaczenie Słońca okazało się praktycznie żadne! Zarówno jeśli chodzi o cechy, których rzekomo nabiera ono przebywając w znaku zodiaku, jak i ze względu na położenie w wyodrębnionych przez Gauquelin'a strefach aktywnych. Tak więc jeśli sądzisz, że jesteś "Baranem" (czy inną Panną) i że to wystarczy, by wywróżyć ci przyszłość, to bardzo się mylisz... Poza tym niektóre cechy planet podane przez Gauquelin'a nie zgadzały się ściśle z opisami znanymi z astrologii klasycznej. Np. Jowisz wykazywał wiele cech tradycyjnie przypisywanych Słońcu, a Księżyc niektóre cechy opisujące Merkurego. Charakterystyki pozostałych planet okazały się podobne jak w astrologii tradycyjnej. Gauquelin zauważył też zależność między wykonywanymi przez ludzi zawodami, a dominującymi u nich planetami. Np. naukowcy i lekarze to dzieci Saturna, aktorzy i politycy są jowiszowi, a sportowcy to ludzie z dominującym Marsem. Nieco mniej wyraźny, ale bardziej zgodny z astrologiczną tradycją, był wpływ Księżyca i Wenus. I tak pisarze i ekolodzy pozostają pod wpływem Księżyca, a pod wpływem Wenus artyści, przystojniacy i dyplomaci. Wyniki tych badań jednych astrologów ucieszyły, a innych doprowadziły do wściekłości. Po wiekach zapoczątkowanego jeszcze w średniowieczu jej upadku astrologia przypominała zatęchły kufer pradziadka, w którym obok bezcennych skarbów można było znaleźć całe mnóstwo bezużytecznych śmieci, zabobonów i "świętych dogmatów", których nikt nie śmiał ruszyć, chociaż ich przydatność i sprawdzalność praktyczna była żadna. Wszystko opierało się na wierze w autorytet "Wielkich Mistrzów Wiedzy Tajemnej", którzy uważali się za równie nieomylnych jak sam papież. Światli ludzie epoki atomu postanowili więc zreformować, o ile tylko okaże się to możliwe, tę szacowną i wiekową instytucję. Używali do tego zarówno metod naukowych (statystycznych) jak i nienaukowych, czyli intuicji i wizji. Działania takich ludzi, jak filozof Dane Rudhyar, psychoanalityk C. G. Jung, pedagodzy Bruno i Louise Huberowie oraz wielu innych doprowadziły do powstania nowej odmiany astrologii, nazwanej astrologią humanistyczną lub astrologią głębi. Pragnienie zdecydowanego odcięcia się od starych przesądów sprawiło, że wielu z nich nie chciało już używać skompromitowanej i ośmieszonej nazwy "astrologia" czy "horoskop", zastępowano więc te słowa różnymi innymi określeniami, takimi jak np. "kosmobiologia" i "kosmogram". Astrologowie humanistyczni, którzy od początku stawiali sobie za cel unowocześnienie i unaukowienie astrologii powitali wyniki badań Gauquelin'a z radością i ciekawością, po czym natychmiast włączyli je do swojej praktyki. Pozostali, których można uznać za dinozaury starego systemu podnieśli krzyk, nazywając humanistyczną konkurencję bandą zwykłych nieuków i szarlatanów, którym nie chce się porządnie nauczyć świętych, acz wielce pokrętnych formułek, pozwalających na ferowanie nieomylnych "werdyktów". A naukowcy, jak to naukowcy. Większość z nich za żadne skarby nie uzna, że może istnieć jakikolwiek związek między planetami a charakterem czy "powołaniem" człowieka, odrzucili więc te wyniki jako niegodne ich czcigodnej uwagi i dalszych badań. Widocznie uznali je za "astrologię", a ta z definicji nie zasługuje na ich szacunek i badanie. Było to też policzkiem dla Gauquelin'a, który nie życzył sobie być uznanym za astrologa. Jeszcze inni przyznali, że wyniki są interesujące, lecz ci byli w zdecydowanej mniejszości. Są też i tacy, którzy twierdzą, że badania te zostały powtórzone i udowodniły coś wręcz przeciwnego. Możliwe, problem jednak w tym, że jeśli były one przeprowadzane na ludziach urodzonych po roku 1950, to rzeczywiście mogły nie dać podobnych wyników. Dlaczego? Z tej prostej przyczyny, że praktycznie wszyscy ludzie urodzeni po tym czasie przyszli na świat nie do końca "siłami natury", lecz z pomocą chemicznej ingerencji lekarzy, co w sposób oczywisty zaburzyło rytmy natury, które do tej pory rządziły porodami. W ten sposób naukowy statystyk podpadł obu stronom, ściągając na siebie wściekłość zarówno tradycyjnych astrologów, jak i naukowców. Zainteresowanych tematem odsyłam do książki: Michel Gauquelin "Planety a osobowość człowieka", Wydawnictwo Warsztat Specjalny, Milanówek 1994. |